Z problemami spotykamy się w naszym życiu wszyscy. Nawet jeśli ktoś jest miliarderem, mieszka na prywatnej wyspie i ma prawie wszystko, czego tylko zapragnie, czy ktoś kto wybiera życie poza społeczeństwem, życie pustelnicze, mieszkając w jakiejś ziemiance, by nie irytować się innymi ludźmi, czy biurokracją - i tak musi się z nimi mierzyć. Problem stanowi więc już samo zmierzenie się z tym, czym jest problem. Dzisiaj chciałem podejść do tej kwestii od dwóch stron, zupełnie nie aspirując przy tym, do wyczerpania tematu. Po prostu takie dwa ujęcia zaistniały w moim umyśle, kiedy zastanawiałem się nad tą kwestią i tyle. Kto chce, niech ten namysł poprawi czy uzupełni.
Ujęcie pierwsze: wyobraźmy sobie, że musimy przejść w minimum 2 osoby z punktu A do punktu B, a na naszej drodze pojawia się ogromna, okrągła kałuża. Zastanawiamy się co zrobić. Okazuje się, że przeskoczyć się nie da. Pozostaje zawrócić/obejść/wskoczyć/przejść. Ci, którzy zawracają po pierwsze tracą czas, po drugie pokazują niepewność czy nawet strach, ale również niedojrzałość, bo gdy do czegoś się zobowiążemy, to - jako osoby dorosłe - powinniśmy to zrobić, ponieść konsekwencje swoich słów. Inni próbują kałużę obejść - chcą iść obrzeżami, bo wydaje im się, że mniej zmoczą nogi, ale idą zatem najdłuższą drogą, przez co mokną jeszcze bardziej, a w dodatku tracą czas. Kolejna grupa ma pomysł, by nie iść obrzeżami, ale przez środek, tyle że skacząc, aby było szybciej i mieć mniej kontaktu z brudną wodą. Faktycznie oszczędzają czas, jednak z każdym skokiem są coraz bardziej poplamieni, brudni, gdy przejdą na drugą stronę będą mieli mokre nie tylko stopy, ale być może całe nogi. Ostatnia grupa postanawia przejść przez środek kałuży, po linii prostej, delikatnie, tak by nie chlapać za bardzo, ale równocześnie by iść w miarę szybko. Efekt? Przechodzą szybko, są tylko lekko mokrzy, dojdą na czas do celu. Jest jeszcze jedna grupa: ta, która myśli że kałuża wyparuje. Czekają na słońce, czasem się modlą, ale nic więcej nie robią, tylko stoją przed kałużą i czekają na cud - oni przegrywają najbardziej, tracą najwięcej czasu, nie mówiąc o zagrożeniu, że wkrótce spadnie deszcz i kałuża będzie coraz większa...
Ujęcie drugie: grupa młodych ludzi postanowiła wyruszyć w bardzo daleką podróż. Każdy z nich oprócz normalnego plecaka wziął jeszcze na plecy duży krzyż. Szli wiele dni, mijali góry, doliny, rzeki, lasy. Gdy doszli do pewnej dość wysokiej góry, jeden z chłopców postanowił skrócić nieco swój krzyż, by było mu lżej. Pokonawszy górę szli dajej. Po jakimś czasie doszli do lasu na wzniesieniu i znów chłopak skrócił swój krzyż, by było mu lżej. Sytuacja ta powtórzyła się kilka razy. W pewnym momencie grupa zobaczyła coś dziwnego na horyzoncie. Gdy podeszli bliżej zobaczyli, że jest to przepaść, której nie da się ominąć ani przeskoczyć. Po chwili zastanowienia postanowili, że przerzucą swoje krzyże na drugą stronę i przejdą po nich. Wówczas okazało się, że krzyż tego jednego chłopaka jest już za krótki przy można było przerzucić go na drugą stronę. Grupa poszła więc dalej, a jemu pozostało żałować tego, co zrobił i szukać innej drogi lub zawrócić do domu.
Te dwie proste historie, jak każda analogia nie są doskonałe i komprehenzywne. Wydaje mi się jednak, że pokazują dobrze pewną fenomenologiczną sferę problemów, to jak problemy nam się jawią. Czasem od nich uciekamy, czasem chcemy je przeskoczyć, rzadko mamy odwagę by zmierzyć się z naprawdę dużymi z nich. Wówczas mamy ochotę obcinaż krzyć, a zapominamy że on nas hartuje, że dodaje nam siły na później. Czasem są momentem wyzwania, jak wtedy, gdy Abraham miał złożyć w ofierze swojego syna. Nie ominął kałuży, nie skrócił krzyża, ale wszedł w środek i w tym środku odnalazł sens. Zawsze jednak prawdziwe problemy, kiedy się z nimi mierzymy są momentem objawienia się tożsamości Boga i człowieka, nas samych. Jak genialnie ujął to Jaspers: są momentami czy sytuacjami granicznymi - to nie wtedy, kiedy jesteśmy radośni i uśmiechnięci, gdy mamy dużo pieniędzy, jesteśmy zdrowi, najedzeni, gdy wszystko się układa, mamy takie studia czy taką pracę jak chcemy ukazuje się kim jesteśmy. Nasza prawdziwa twarz, nasza tożsamość objawia się wtedy, gdy umiera ktoś bardzo bliski, gdy dowiadujemy się, że mamy raka czy inną nieuleczalną chorobę, gdy w rodzinie brakuje na jedzenie i rodzice muszą zdecydować czy zjedzą oni czy dzieci, gdy ktoś obok nas jest krzywdzony, poniżany, a my możemy zareagować bądź uciec, choćby udając że tego nie widzimy. Nasza tożsamość objawia się w środku kałuży, tam gdzie woda jest najgłębsza i gdzie na jej tafli odbija się najlepiej nasza twarz!
I później przechodzimy na drugą stronę, musimy się wysuszyć, ale jeśli przeszliśmy razem - z dziewczyną/chłopakiem, żoną/mężem, przyjaciółką/przyjacielem, to możemy iść dalej i dalsza wspólna droga sprawi, że wyschniemy. A kiedyś, być może dopiero pod koniec życia zrozumiemy sens tego, co się stało.
Tagi: sens, problemy, cierpienie, krzyż, sytuacje graniczne
skomentuj (5)
Bóg stworzył nas jako mężczyzn i kobiety, z tym wszystkim, co tak specyficznie różne i podobne między nami. To On dał nam również seksualność i uczynił ją częścią naszej natury (nota bene seksualność przeżywał również Jezus, gdyż posiadał naturę ludzką). Wiąże się z nią wiele kwestii, ja jednak chciałbym teraz poruszyć jedną: kobiecy seksapil. Wydaje mi się bowiem, że często się o nim mówi (np. że jakaś kobieta jest seksowna, czy posiada seksapil), a tak naprawdę mało kto zastanawia się nad tym, co kryje się pod tym pojęciem. W związku z tym podjąłem dyskurs mający na celu choćby pobieżne przyjrzenie się temu zagadnieniu.
Gdy myślałem na ten temat wyodrębniłem trzy elementy, które według mnie są decydującymi składnikami kobiecego seksapilu. Postaram się je teraz pokrótce scharakteryzować. Oto one:
a.) pewność siebie – często mijam na ulicach dziewczyny i kobiety, o których zdecydowanie mógłbym powiedzieć, że są piękne, ale nie są pociągające. Powód? Brak im pewności siebie. Są na przykład wysokie, zgrabne, mają ładne nogi czy biodra, intrygujące oczy. Ale mimo wszystko nie są pociągające, nie przykuwają uwagi mężczyzn. Zamaskowane golfami, spódnicami wyglądającymi jak habity sióstr zakonnych. Widzę też i inne – niższe, nie mające nóg długich jak szczudła, wielkich piersi czy nie tak zgrabnych jak modelki znane z czasopism. Ale gdy przechodzę koło nich widzę głowę uniesioną wysoko, pewny krok, zalotne spojrzenia rzucane przypadkowo napotkanym facetom. Widzę zabawę kolorów, ubrań, uśmiechu i to przyciąga mój wzrok i myśli. Znam wiele takich dziewczyn. Być może z niektórych z nich śmiano się, gdy były w dzieciństwie, w szkole, w liceum – że za niskie, „płaskie”, niezgrabne i w ogóle skazane na trwanie do śmierci w samotności. Dziś, gdy pojawiają się na uczelniach, w kawiarniach, na dyskotekach a za ich plecami kolejni faceci przepychają się, by dostać numer telefonu, albo chociaż poznać ich imię.
A zatem samoświadomość i pewność swojej kobiecości to fundament seksapilu. To mówienie każdym swoim gestem, ruchem, spojrzeniem, ubraniem, kolorem i zapachem - „jestem piękna i wiem o tym, a wy możecie mnie pożądać, możecie mnie pragnąć ale to i tak ja wybieram, to ja decyduję”! W związku z tym tak ważna jest „niedostępność” kobiet. Ta, którą może „mieć” każdy będzie uchodziła za „łatwą”, a co za tym idzie za chwilowy środek (sic!) do zaspokojenia potrzeb mężczyzny. Ta zaś, która będzie pewna siebie, a jednocześnie niedostępna i owiana pewną tajemniczością stanie się wyzwaniem, a każdy mężczyzna szuka wyzwań, gdyż to one potwierdzają męskość. To o nią będzie walczył, dla niej będzie się poświęcał, jej robił prezenty, pomagał w trudach. Owa walka ostatecznie jest odpowiedzią na tą „pewność siebie” kobiet w ich kobiecości – mówi: „ja też jestem pewny siebie, swojej męskości, która podoła twojej kobiecości”.
b.) budowanie kontrastów – to niezwykle ważny element, powiązany z pewnością siebie. Tym, co najbardziej podniecające jest to, co jest kontrastowe. Już na płaszczyźnie fizjologicznej podniecenie wiąże się z napięciem (mięśnie itd.), ale i psychologicznej (por. freudowska koncepcja libido oraz id, ego i super ego). Jak wygląda to w praktyce? Otóż owe kontrasty dotyczą najróżniejszych sfer życia. Na przykład ubranie – gdy dziewczyna o ciemnej karnacji wkłada śnieżnobiałą, zwiewną sukienkę, jest to pociągające, tak jak gdy dziewczyna o jasnej karnacji wkłada „małą czarną”. Mini – kontrast krótkości spódnicy do długości nóg. „Sylwetka osy” - kontrast między wymiarami biustu, brzucha i bioder. Makijaż – skąd taka popularność jaskrawo-krwawo-czerwonych szminek? Skąd tusz do rzęs? Skąd nakładanie czerwonego pudru przez dziewczyny o bardzo jasnej karnacji? Zachowanie – tu istnieje wiele motywów i to bardzo skrajnych (czyli de facto kontrastowych), jak np. motyw „niegrzecznej dziewczynki” (naughty girl), gdy dajmy na to przykładna żona, katoliczka, na co dzień ubierająca się skromnie, delikatnie w sypialni dla męża zakłada kabaretki, obcisły gorset i seksowną bieliznę (czyli „grzeczna dziewczynka” staje się „niegrzeczną”) lub na odwrót, motyw aktorek filmów porno przebranych za pielęgniarki, czyli symbol spokoju, łagodności, opieki („niegrzeczna dziewczynka” staje się „grzeczną”). Na czym polegał fenomen rosyjskiego zespołu Tatu? Czy nie na tym, że dwie dorosłe kobiety założyły ubrania stylizowane na szkolne mundurki? Dzisiaj oczywiście takie „nie dobre” budowanie kontrastów idzie dalej i opiera się na tym, że „gwiazdy” estrady rozbierają się na scenie prawie do naga. Bardzo kontrastowa jest też postać Dody.
Budowanie kontrastów przejawia się w małych rzeczach jak i większych. Ważny jest tu pierwszy element, czyli pewność siebie, bowiem bez niej nie odważymy się zaryzykować burzeniem jakichś schematów, czy norm. I taka odwaga i pewność w budowaniu kontrastów przejawia się na ulicach w strojach dziewczyn. To genialne eksperymenty kolorystyczne. Seksowne dziewczyny, to dziewczyny kolorowe, umiejące zestawić rodzaj i kolor ubrań w sposób odważny, ale nie rażący. Przykłady można by tu mnożyć. My musimy jednak przejść do następnego punktu, który niejako stanowi dopełnienie dwóch poprzednich.
c.) iluzja – bycie seksowną kobietą, budowanie swojego seksapilu to nie tylko pewność siebie, tworzenie kontrastów ale i bycie w pewnym sensie „iluzjonistką”. Chodzi mi tu o to, że jacy jesteśmy, tacy jesteśmy, ale kobieta seksowna potrafi nieco manipulować rzeczywistością swojego wizerunku. W zasadzie większość kobiet zauważa w sobie jakieś wady. Jeśli kobieta ma pewność siebie i umiejętność budowania kontrastu, to potrzebna jest jej jeszcze jedna, bardzo ważna umiejętność: podkreślanie swoich zalet i maskowanie wad – czyli tworzenie swego rodzaju iluzji. Gwiazdy kina i telewizji przeważnie mają tą sztukę doskonale opanowaną. Wiedzą dokładnie co powinny ubierać, a czego włożyć na siebie im nie wolno, bo to zeszpeci ich wygląd. Można wymienić choćby najprostsze przykłady – katastrofalne dla wizerunku zakładanie krótkich bluzeczek, odsłaniających brzuch czy swetrów w poziome pasy przez nieco bardziej korpulentne panie, a w drugą stronę: zakładanie czarnych spodni w delikatne, cienkie białe pionowe paski przez panie o niezbyt długich nogach. Te „sztuczki” są doskonałym dopełnieniem i zwieńczeniem kobiecego seksapilu.
Tak zatem widzę kwestię kobiecego seksapilu. Bez wątpienia nie jest to ujęcie pełne i nie ma takim być. To jedynie pobieżne przyglądnięcie się tematowi, inspirowane codziennym doświadczeniem spotkań i pytań od dziewczyn, kobiet w różnym wieku i z różnych środowisk. Mam nadzieję, że zostanie przez Panie przemyślane, a następnie ich zapis znajdę w komentarzach do tego tekstu. Na koniec życzę wszystkim Paniom odwagi i radości w i z bycia kobietami! :)
Tagi: kobieta, pożądanie, kobiecość, iluzja, pewność siebie, seksualność, seksapil, kontrast
skomentuj (12)
Kiedyś, gdy przygotowywałem się do prezentacji maturalnej z języka polskiego, czytałem pewną książkę poświęconą rycerstwu średniowiecznemu. Jeden z najciekawszych jej fragmentów dotyczył tzw. błędnego rycerstwa. Autor wyjaśniał, że zjawisko to polega w gruncie rzeczy na tym, że rycerze walczyli ze sobą, wciąż poszukiwali kolejnych przeciwników, wędrowali z jednego miejsca na drugie i tak tworzyła się jakby quasi-liga rycerzy. W końcu ci najlepsi nie mieli już z kim walczyć, bo pokonali wszystkich najznamienitszych wojów i wówczas rozpoczynał się etap „błędnego rycerstwa”, kiedy to zaczynali wymyślać sobie przeciwników, którzy byli silniejsi – i tak miał utrwalić się słynny motyw rycerzy walczących ze smokami.
Takie „błędne szukanie” dotyczy często naszej religijności. Każdego w zasadzie inaczej, jednak chyba najczęściej spotykany przejaw to ciągłe poszukiwanie Boga, gdy ktoś mówi, że on ciągle szuka Boga. Nie mówię tu o „znaczeniu poprawnym” poszukiwania Boga, bo wiadomo, że w pewnym sensie całe życie będziemy Go szukać i próbować (lub nie) się do Niego zbliżyć, odkryć nasze miejsce w Nim i przy Nim. Mówię o osobach, które nazywają siebie „poszukującymi”, co w praktyce oznacza, że nie są w żadnym kościele czy wspólnocie, albo zmieniają je co jakiś czas; które często wiedzą, że żyją źle i wolą usprawiedliwiać swoje zachowanie i niemoralne postępowanie trwaniem pomiędzy dobrem a złem, bo tym jest według mnie stwierdzenie „jestem poszukujący, ja wciąż szukam”. Podczas gdy coraz więcej osób szuka drogi do Boga, moje patrzenie na tą kwestię jest zupełnie inne. Wyraża je jedno zdanie, które – o dziwo – sam wymyśliłem chyba dwa lata temu i od tamtej pory wciąż próbuję je zrozumieć:
Nie ma drogi do Boga – to Bóg jest Drogą.
Na drogę się wchodzi i się na niej jest. Po prostu. Z Drogą, którą jest Bóg jest dokładnie tak samo. Wystarczy powiedzieć świadomie „tak”, poprosić o Boże prowadzenie i stajemy się uczestnikami tej rzeczywistości, już jesteśmy prowadzeni. I na tej Drodze także będą wzgórza i doliny, momenty radości i trudu, będzie strach, ale mimo wszystko to jedno „tak” sprawia, że Droga prowadzi nas do Dobrego celu. Ta Droga jest też dobrze oznakowana, trzeba jedynie nauczyć się kodeksu drogowego, który na niej obowiązuje, rodzajów i znacznia poszczególnych znaków. Trzeba czerpać z doświadczenia tych, którzy na Nią wkroczyli i którzy Nią podążali, ich doświadczenia Drogi zapisane są w Piśmie i Tradycji – mapach dla naszego ziemskiego życia.
Potrzebna jest też kontrola tego, czy faktycznie jesteśmy ciągle na Drodze, czy czasem z niej nie zboczyliśmy. Jadąc gdzieś patrzymy na mapę, czy to co widzimy np. za oknem samochodu zgadza się z mapą, co mówią znaki, widzimy też już częściowo owoce naszych wyborów w postaci skręcania prawo/lewo itd. Jeśli jechałem nad morze, a po 3 godzinach jazdy widzę przez sobą piękny widok na Tatry, to może zrobić mi się miło i przyjemnie, ale jednak zbłądziłem. Wtedy biorę mapę, patrzę na znaki i wracam. Dlatego na Drodze tak ważny jest rachunek sumienia, który pomaga nam kontrolować podróż. Wiadomo, że sumienie musi być ukształtowane – osoba, która nie ma kompletnie orientacji w terenie, czy myli się jej gdzie jest prawo a gdzie lewo nie powinna zostać kierowcą, tylko pasażerem – znaleźć kogoś, kto bezpośrednio będzie ją prowadzić... Jako katolik nie mogę nie wspomnieć jeszcze jednego ważnego elementu: sakramentów. Można je tu porównać w pewnym sensie do przeglądów. Gdy zepsuje mi się auto nie jadę z tym do twórcy auta, ale do serwisu. Serwis robi dwie główne rzeczy: przeglądy (zapobieganie, profilaktyka) i naprawy („leczenie”). Mówiąc zatem w ogromnym uproszczeniu, Chrzest, Bierzmowanie oraz Eucharystia i Sakrament Pojednania to sakramenty, która na naszej życiowej życiowej drodze spełniają funkcje zapobiegania i leczenie, oraz uzdalniania nas do dalszej drogi. Idziemy po nie do kapłanów, którzy – jak wierzymy - są w komunii z naszym Stwórcą i posiadają odpowiednią wiedzę, narzędzia by zapewnić nam odpowiedni „serwis” gdy jesteśmy w i na Drodze.
Nie ma drogi do Boga – to Bóg jest Drogą. To jedno zdanie jest tak głębokie, że być może nie starczy mojego życia, żeby do końca je zrozumieć i opracować. Może się ono stać podstawą do zupełnie nie uprawnionych interpretacji: antyeklezjalnych, czy podkreślających autonomiczność „jednostki” w religii. Uważam jednak, że przy właściwym sposobie patrzenia, poprawnym rozumieniu jest ono w pełni zgodne z nauką Chrystusa, nauką Kośćioła, zwłaszcza Soboru Watykańskiego II. Bóg jest Drogą człowieka, a jak mówił Jan Paweł II człowiek jest drogą Kościoła. Kościół jest też Mistycznym Ciałem Chrystusa, dlatego Droga Boga w życiu chrześcijanina realizuje się właśnie w Kościele i poprzez Kościół. To właśnie jest, w największym skrócie, eklezjologia zdania „nie ma drogi do Boga – to Bóg jest Drogą”.
W związku z tym zdanie to może stać się pewnym wyznacznikiem, mottem życia wiary, teologii, a być może przede wszystkim ekumenizmu czy dialogu międzyreligijnego, gdyż, tak jak największe religie monoteistyczne, jest radykalnie teo- i eklezio- centryczne! W centrum judaizmu stoi B-g, oraz wspólnota Narodu Wybranego, która weszła na Drogę Boga i niejako zgodziła się na prowadzenie zawierając z Nim przymierze. Podobnie jest w chrześcijaństwie i islamie.
Trwający właśnie czas Pesah, czas Wielkanocy jest wspaniałą ilustracją do tego jednego, prostego zdania. Wyprowadzając swój lud z Egiptu Bóg pokazał jak bezpieczną Drogą jest. Izraelici nie szukali innych dróg, poszli za znakami, które poprawnie odczytali i zostali ocaleni. Jezus przed śmiercią na krzyżu mówi: „niech nie moja, ale Twoja wola się stanie”, co znaczy po prostu – chcę iść Twoją Drogą do końca, Ty Jesteś moją Drogą do końca.
Tagi: bóg, kościół, droga, ekumenizm, judaizm, dialog międzyreligijny
skomentuj (2)
Niedzielny wieczór. Po kolacji włączam telewizor, by sprawdzić czy nie znajdę czegoś wartego obejrzenia. Oczywiście, jak nietrudno się domyślić, niczego takiego nie znalazłem. Gdy miałem już wyłączać odbiornik i iść po coś do czytania, moją uwagę przykuł prowadzący TVN'owski „Taniec z gwiazdami”, Piotr Gąsowski, a w zasadzie zdanie, które wypowiedział na początku programu: że teraz nastąpi premiera najnowszego (czy nowego?) przeboju zespołu Feel...
Zawsze myślałem, że to jest tak, że ktoś komponuje utwór, potem się go rozpowszechnia, a ludzie poprzez różne głosowania, a przede wszystkim zakup płyt decydują o tym, czy dany utwór jest przebojem, czy nie. Mamy więc do czynienia z manipulacją. Nie chcę prowadzić dyskursu na temat warsztatu czy umiejętności tego zespołu, ani pastwić się nad TVN'em. Skupię się na czymś innym – na fenomenie tego, co nazwałbym „kulturą chwili”, bądź „kulturą teraz”.
Zastanawiając się nad genezą tego zjawiska zcząłem pytać siebie o funkcję czasu i pamięci w naszym życiu. Kiedyś bowiem pamięć była swoistym spoiwem ludzkiej rzeczywistości. Gdy popatrzymy na naród Żydowski zobaczymy, jak wielką rolę odgrywa ona w jego przypadku – to właśnie pamięć tego, co Ha-Szem zrobił od stworzenia świata z grupy ludzi utworzyła naród. Nie posiadali ziemi, króla, ustroju. Tym, co trzymało ich przez wieki przy sobie było dziedzictwo pamięci, które nadawało im tożsamość, Oni utożsamiali i utożsamiają się z tym depozytem pamięci. Nawet dzisiejsze młode pokolenie, które często ma do religii podejście liberalne, albo w ogóle nie praktykuje, mimo wszystko mówi „jesteśmy Żydami, potomkami Abrahama”, co znaczy właśnie „nosimy w sobie pamięć dziejów naszego narodu”. Podobnie jest z chrześcijaństwem, w którym funkcję pamięci spełnia Tradycja.
Dla H. Bergsona czas jest pamięcią, czyli bezustannym przechowywaniem przeszłości w teraźniejszości. Ona wgryza się w przyszłość i nabrzmiewając idzie naprzód, sama przez się, automatycznie. Świadomość czasu to zatem świadomość przeszłości, na którą nakłada się ciągle nowa teraźniejszość. To jak nawijanie nici na kłębek – nowe treści pojawiają się na powierzchni, stare pozostają coraz głębiej. Treści pozostające głębiej ulegają przemianie pod wpływem narastającej teraźniejszości. W końcu możemy przeciąć kłębek i zobaczyć całą przeszłość w przekroju.
Otóż to. Szybkość przekazu informacji zwiększa się z dnia na dzień, a co za tym idzie, zwiększa się ilość danych, które należałoby zapamiętać. Powstaje konieczność ustalenia pewnego zakresu, w którym będziemy się poruszać, co najczęściej dokonuje się podświadomie. Przykład? Weźmy za przykład gazety, jedno z podstawowych źródeł informacji. Na początku w starożytnym Rzymie czy Chinach budziły pewnie duże emocje, pojawiały się rzadko, zawierały niewiele informacji i to właśnie sprawiało, że te dane łatwo było zapamiętać. W XVII wieku powstały pierwsze dzienniki. Sytuacja się skomplikowała – zapamiętanie najważniejszych informacji z jednego dnia jest możliwe, ale na przykład z całego miesiąca? Dziś mamy internetowe serwisy informacyjne, które publikują materiały czasem już kilka minut po wydarzeniu bez względu na to, w jakiej części globu miało miejsce. Takiego napływu danych nie sposób zapamiętać i nosić w sobie, pamiętamy tylko zdecydowanie najważniejsze dla nas wydarzenia (np. datę zamachów terrorystycznych na WTC, czy śmierci Jana Pawła II). Praktyka wygląda tak, że kupujemy dziennik, czytamy, wyrzucamy, kupujemy nowy. Wczorajsze informacje przestają być istotne. To właśnie część „kultury teraz”.
Zatrważające jest to jak owo zjawisko rozprzestrzenia się na kolejne sfery naszego życia. Czy kryzys gospodarczy nie był spowodowany tym, że jego główny sprawca, Bernard Madoff chciał mieć pieniądze na dostatnie życie, czyli de facto na „swoje teraz”, na „swoją chwilę” w świecie? Nie zważał na to, co przyniesie przyszłość, że przez jego działanie świat będzie podnosił się kilka czy kiladziesiąt lat. Liczyło się tylko „teraz”. Czy epidemia AIDS w Afryce nie jest spowodowana wirusem „kultury chwili”? Popęd seksualny jest jednym z „najlepszych” przykładów tego zjawiska. Ktoś czuł podniecenie, znalazł partnera/partnerkę, z którym/ą „teraz” to podniecenie chciał zaspokoić i zrobił to, nie zważając na to, że konsekwencje będą ciągnąć się do końca życia. Liczyło się tylko „teraz”, chwila obecna. Gdy Benedykt XVI mówi o wstrzemięźliwości seksualnej jako lekarstwu na tą sytuację, Afrykańczycy i Europejczycy buntują się. Podniecenie, które odczuwają wygrywa nad przeszłością i przyszłością. A właśnie wstrzemięźliwość jest w tym wypadku przerwaniem „kultury teraz”, bo mówi: to, że ja, chory na AIDS teraz odczuwam podniecenie nie uprawnia mnie do zaspokojenia tej potrzeby i skrzywdzenia kogoś, dla kogo ta jedna chwila zniszczy całe jego życie.
Dzisiaj ludzie boją się wszystkiego, co trwa dłużej niż „teraz”. Stąd niechęć do małżeństwa, kapłaństwa (gdyby można było zostać kapłanem np. na 5-cio letnią kadencję seminaria pewnie pękałyby w szwach), składania i wypełniania przysiąg, upadek tradycji religijnych, kulturowych, czy narodowych przede wszystkim w zakresie rozumienia, ale też praktyki (np. wieczerza wigilijna, śmigus-dyngus, wywieszanie flagi państwowej 3 maja itd.), brak honoru... Wirus „kultury chwili” jest bezlitosny. Dlaczego młodzi ludzie często szukając partnera zastanawiają się z kim będzie im się dobrze żyło (wydawało pieniądze, uprawiało seks, chodziło do kina, jeździło na wycieczki itp.)? Dlaczego nie pytają o to, z kim chcieliby umierać, czyli o przyszłość, o to kto zaopiekuje się nimi, gdy będą przykuci do łóżka z gorączką czy biegunką??? Czy wtedy piękny, wysportowany partner/ka zaopiekuje się nimi, czy też może znajdzie sobie kogoś innego, z kim „teraz” będzie mu lepiej?
Problem jest tak szeroki, że prawdopodobnie można by na ten temat napisać niejedną pracę doktorską, czy habilitacyjną, być może już nawet takie prace istnieją. Ja dotknąłem tylko malutkiego jego wyrywka. A robię to pod ciągłym naporem pytań. Teraz męczy mnie jedno: czy za 50 lat, gdy moje dziecko włączy radio pośród utworów Chopina, Mozarta, Bacha, Czesława Niemena, Marka Grechuty, Skaldów, Anny Jantar, Stinga, Aerosmith, U2, Pink Floyd'ów i całej rzeszy tych, którzy zapisali się w Tradycji muzyki, usłyszy choćby jeden „przebój” zespołu Feel...
Tagi: chwila, teraz, antykoncepcja, wstrzemięźliwość, kultura teraz, kultura chwili
skomentuj (2)
Zima. Popołudnie. Być może niedzielne. Promienie słońca drgają uśmiechem pośród zmarzniętych gałęzi drzew stojących w szeregu przy jednej z mniej znaczących alei. Idzie nią chłopak, a nawet mężczyzna, by dojść do stojącego na końcu domu. Przejdzie przez ganek, maleńki korytarzyk i skierowawszy swe kroki ku obitym brązową skórą drzwiom wejdzie do biblioteki. Tam, na środku pokoju, pośród przełęczy setek tomów ksiąg, pergaminów, albumów samotny drewniany stolik i głęboki fotel zapraszają go już do siebie. Mężczyzna usiądzie, naleje wina do pucharu i słysząc dźwięk palącego się drewna w kominku i cicho brzmiącego nocturnu Chopina, patrząc w oczy swojemu rozmówcy po raz kolejny w życiu tak samo rozpocznie pytanie: Mistrzu!
Wiem – dziś rzadko ludzie piją wino z pucharów, rzadko też siedząc w domowym zaciszu słuchają muzyki Chopina czy Mozarta. Ale nie jest to teraz ważne. Ważne jest bowiem to, że prawie nikt dzisiaj nie pyta o nic Mistrza. Bo i prawie nikt nie potrafiłby już wskazać kogokolwiek, kogo mógłby Mistrzem nazwać.
Pytanie o Mistrza jest pytaniem o obecność autorytetów w naszym życiu, ale – co niezwykle istotne – autorytetów obecnych tu i teraz, przy nas. Jego załaszowaniem (przynajmniej częściowym) są odpowiedzi wzniosłe, górnolotne i patetyczne (np. pytanie: „Kto jest twoim Mistrzem?”; odpowiedzi: Jan Paweł II; Władysław Bartoszewski; Jezus; Budda; Platon, Dalajlama itd.), odpowiedzi które przeważnie są wypowiedzeniem na głos pewnych pragnień dotyczących wzorów do naśladowania, a jeszcze częściej przejawem qusi-kultury pod tytułem: bo tak właśnie wypada odpowiedzieć. Tymczasem standardowo rozmowa taka wyglądać może następująco: kogo uważasz za swój autorytet, swojego Mistrza? Jana Pawła II. Kiedy zatem ostatnio rozmawialiście? Nigdy, widziałem go tylko dwa razy w życiu: raz w oknie papieskim i drugi raz, gdy przejedżał ulicami miasta w swoim papamobile. Ach, ale na pewno znasz Jego pisma, masz pewnie wydane ostatnio Dzieła Zebrane? Nie, w zasadzie nie znam... Ale jakąś encyklikę na pewno musiałeś czytać? Nie, te dokumenty są potwornie nudne i ogólne, nie czytam ich. Więc dlaczego uważasz Jana Pawła II za swojego Mistrza? Bo był fajny...
Z tego względu należałoby podzielić autorytety na dwie kategorie: a.) bliskie (inaczej „realne”) oraz b.) dalekie (inaczej „wirtualne”). Druga grupa została już wstępnie omówiona powyżej. Autorytety dalekie (wirtualne) to te, których przeważnie nie znamy osobiście, czasem bywa, że nawet nie widzieliśmy ich nigdy w życiu „na żywo”, jeśli zaś wiemy w ogóle, jakie są ich poglądy (za które przecież są przez nas cenione), to wiemy to z książek, filmów, czy przekazów pojawiających się w naszym środowisku. Można zatem postawić pytanie - czy takie autorytety mogą mieć realny wpływ na nasze życie? Odpowiedzieć brzmi: tak, inaczej bowiem musielibyśmy przyznać, że na przykład papież może być autorytetem i jego nauczanie może mieć wpływ tylko i wyłącznie na ludzi, którzy znają Go osobiście – a tak niepodobna myśleć, gdyż w zapomnienie musieliby odejść wszyscy „założyciele” religi (Jezus, Budda, Mahomet itd.), filozofowie, artyści i wszyscy ci, którzy albo odeszli już z tego świata, albo nigdy rzeczywiście i osobiście nie zaistnieli w naszym małym świecie, w przestrzeni i czasie naszego życia. Trzeba powiedzieć jasno: autorytety dalekie są ukonstytuowane dla nas na tyle, na ile my jesteśmy przy nich obecni dynamicznie (działanie – nie same chęci!). A zatem mogę powiedzieć, że moim Mistrzem jest prof. Leszek Kołakowski, czy Lucjusz Anneusz Seneka, o ile podejmuję studium ich myśli, twórczości, o ilę zgłębiam ich dorobek, co ważne – odnosząc ich nauczanie do swojego życia.
Implikując powyższą koncepcję do osoby Jezusa Chrystusa, który według takiej „klasyfikacji” byłby do pewnego stopnia autorytetem dalekim, traktowanie Go jako Mistrza musi opierać się na trzech krokach: wiara w Niego, studium Pisma Świętego, nauczania Magisterium Kościoła oraz Tradycji i w końcu odniesieniu tej nauki do własnego życia i jej stosowanie.
Przejdźmy jednak do meritum: autorytetów bliskich. Otóż wydaje się, że dziś coraz mniej osób posiada swojego Mistrza. Mistrza obecnego! Nie w czasopiśmie, nie w książce, nie w telewizji, ale Mistrza obecnego tu i teraz, może kilka domów obok, może na drugim końcu miasta czy wsi. Gdy czytamy „Ucztę” Platona widzimy taką sytuację – ludzie spotykają się, by wspólnie spędzić czas pijąc wino, jedząc znakomite potrawy, ale przede wszystkim by rozmawiać, by wspólnie dążyć do mądrości, by się w niej ćwiczyć, by zapytać: jak ty widzisz tą sprawę? Co mogę zrobić w takiej sytuacji? I te pytania mają charakter ściśle dialogiczny, nie stawia się ich dlatego, że tak wypada, że po to tu przyszliśmy, że zapadła niezręczna cisza. Stawia się je w oczekiwaniu na to, że rozmówca je przemyśli, wyrazi swoją opinię, co pomoże mi zobaczyć w nowym świetle moje stanowisko i w razie potrzeby zmienić je ku lepszemu kierunkowi!
Arystoteles w Zachęcie do filozofii pisze, że „... jeśli mądrość jest naszym naturalnym celem, ćwiczenie się w niej byłoby ze wszystkiego najlepsze”. Owo „ćwiczenie”realizuje się w spotkaniu z drugim człowiekiem, gdy Ja i Ty rozmawiają by szukać coraz lepszej drogi, by razem pisać mapę prowadzącą do życia szczęśliwego, a patrząc z perspektywy człowieka religijnego, do życia w Obecności (Szechina) Boga, w Jego błogosławieństwie.
„Mistrz, który wiedzę posiada, pisze ją w duszy ucznia; ona potrafi odpierać napaści i wie, do kogo mówić, a przed kim milczeć potrzeba” (Platon, Fajdros). Szukajmy zatem Mistrza, osoby do której będziemy mogli przyjść i rozmawiać z nią o problemach, o radościach, szukajmy osoby mądrej i dojrzałej, osoby szczerej i prawdziwej a jednocześnie osoby, która mogłaby nas prowadzić przez całe życie. Na koniec przytoczmy zdanie Seneki z De Brevitate vitae: „Człowiek zajęty najmniej jest zdatny do życia, ponieważ żadna umiejętność nie jest trudniejsza niż umiejętność życia. Biegłych w innych umiejętnościach jest wszędzie wielu, niektóre z nich nawet młodzi opanowali do tego stopnia, że i sami mogliby innych nauczać. Żyć jednak trzeba się uczyć przez całe życie, a czym zapewne jeszcze bardziej się zdziwisz, przez całe życie trzeba się uczyć umierać”...
Tagi: życie, mądrość, mistrz, autorytet, umiłowanie mądrości, umiejętność życia
skomentuj (4)